Autor : Krzysztof Kamil Baczyński

Ballada zimowa

Chmura z miedzi uderza,

Blaskiem bije w puklerzach,

jeśli puklerz - to oczy z ołowiu.

W lasach siwych od błysków

jak znużenia kołyską

wracał rycerz z puszystych łowów.

A od śniegu - wraz z koniem -

był jak chmura jabłoni

huraganem niesiona przez zamieć.

I tak w pędzie zastygli,

że na mróz jak na igłę

wbici - z wolna zmieniali się w kamień.

Wtedy knieje srebrzyste

promień przeciął ze świstem,

droga przeszła w niebieską równinę.

Złote chleby i ręce

jak w dzieciństwa piosence

niosła matka na witanie z synem.

Złote kosy i oczy,

co jak senność złej nocy

na gościniec wyniosła dziewczyna.

Ale on jak po ścieżce

wpół po drodze, pół w wietrze -

- biały posąg - przetętnił i zginął.

Aż jak głaz w biegu - wisiał

i ptak szary mu przysiadł

na przegubie lodowatej ręki

i pradawnych snów trzepot

w sercu zatlił mu ślepo -

szary płomyk samotnej piosenki.

W pył rozsypał się szklany

rycerz. Buchnął tumanem.

W popiół zmienił się z koniem i cieniem,

tylko niebo sczerniałe

dalej w grozie sypało

gwiazdom - ciemność, a ludziom - kamienie.

sprawdź inne wiersze autora