Autor : Krzysztof Kamil Baczyński

Straszna astronomia

Na samym końcu nocy planetarium płaskie jak trwoga.

Zgniły zapach liści szeleści od kroków aniołów.

Chodź, przyjaciółko, drogami nakreślonymi nad drogą,

gdzie wiruje horyzont z blachy - jak żółte koło.

Połów jest przykry. Gwiazdy w gorączce czerwone

przekreślają obiektyw i drżące gryzą jak osy.

Tam urojone bawoły, zodiaki straszniejsze od skonu

i najpiękniejsze dziewczęta schodzą po niebie boso.

Glosy wibrują długo, wikłają elipsy torów.

Mali pasterze idylli przystają dmąc w cieniutkie flety.

Drzewa to jońskie kolumny z opaloną od komet korą.

Kręcą się coraz to głośniej i huczą chłodne planety.

Ptak martwy ze skrzydłem złamanym w próżni bezwładnie zawisł,

a wkoło meteorami pod nieba wypukłym akwarium

czuję rozgrzane powietrze jak skaza na szybie. Pod nami

słuchaj: to w pustym szpitalu krzyczy spętany wariat.

Próchnieje ziemia powoli, wrogi nieboskłon ją stoczył

i płyną pory roku niosąc bociani klekot.

Wracamy w nagłym śnie, zawieszeni u własnych oczu,

gdzie wywołuje się nowe, straszniejsze jeszcze niebo.

sprawdź inne wiersze autora