Autor : Konstanty Maria Górski

Na wpół prozą

Chciałbym mieć kiedy jaki domek mały,

Domek przedmiejski, z wielkim dachem, biały.

Rosłyby rzędem na ulicy drzewa,

Lipy i brzozy, w których szczygieł śpiewa.

Rosłyby blisko, ażebym, okienko

Otwarłszy, liści mógł dostawać ręką,

Abym wiosenną zbudziwszy się nocą,

Słyszał, jak wróble ruchawc świegocą,

Aby mi słowik, gość rzadki i czczony,

Z wieczora w maju sypał szklanne tony.

I w sieni, na tle czerwonej kotary,

Stawiłbym odlew jakiej rzeźby starej,

Jakie florcnckie popiersie kobiety,

Lub Marię Pannę u św. Elżbiety

Andrzeja delia Robbia.

Żadnych gratów,

Chińszczyzn, figurek saskich... Dużo kwiatów,

Sztychów - i w ciemno obitym salonie,

Gdzie, jak z kadzielnic bladych, płyną wonie

Mistyczne z hiacyntów, jeden wielki

Obraz. Wieczorem ostatnie kropelki

Światła, gdy ciemność chłonie zorzę krasną,

Na zlocie ramy płoną i wnet gasną -

A przez tę ramę patrzy się w daleką

Jakąś krainę, gdzie błękitną rzeką,

Wśród wzgórz sinawych, ciche wody cieką.



Tam za kwiatami byłby jeszcze kątek,

Dla długich rozmów, marzeń i pamiątek.

Tam, w szczerych zwierzeń bezpowrotnej chwili,

Jak się płacząca wierzba do wód chyli,

Dusza w przezroczu duszy się przegląda,

I tam niczego serce nie pożąda,

Chyba muzyki. Więc gdy śnieg przytłumi

Gwar ulic, vicher po kominach szumi,

Ażeby trwogę rozpędzić i ciszę,

Niech kto położy ręce na klawisze

I niech popłynie, jak rzeka wezbrana

Łzami, do słów Heinego pieśń Schumanna,

Pieśń o wędrowcu, co lądy i morze

Przebiegł, a szczęścia napotkać nie może,

Chopina prelude siódmy, jaki zwinny

Menuet Haydna, lekki i dziecinny

Lub gdy niebiańskich ukojeń się szuka,

Aria z Rinalda i Orfeusz Glucka.



I dużo ciszy, pracy i spokoju...

Porozrzucane kartki po pokoju,

Na pólkach książki - najwięcej poetów -

Pod infoliami zaczętych sonetów

Trochę: najlepsze te, co się nie kończą,

Jedno warg rymem, gdy się cicho złączą...

Na ścianie jasnej dookoła wszyscy,

Którzy mi drodzy bywali i bliscy,

I choć ich dawno, dawno tutaj nie ma,

Wciąż błogosławią pracy mej oczyma.

I trochę wiary w siebie, trochę siły,

By móc obronić taki kątek miły,

Trochę nadziei i otuchy męskiej,

Że burze przejdą, że przetrwa się klęski.

I oczu jakich zaufanych dwoje,

Kobiecych oczu, jasnych jako zdroje,

Oczu, co lśnią się urocze - i moje,

I im świat więcej szarpie i zazdrości,

Tym więcej wiary mają i miłości.



Miłość, co dzieciom ziemi się uśmiecha,

Wszystkim, nie będzież nigdy dla mnie cicha?

Nim się pod grobu ciężki głaz położę,

Nigdyż spokoju nie mam zaznać, Boże?



Kiedy zielone morze się układa

W wieczór, mew szarych ciągną głośne stada

I w wielkim niebie, ponad wielką falą

Do swych ustroni śpieszą się i żalą,

Że im daleko, skarżąc się w swej mowie.



I jako huczna piana na ostrowie,

Rośnie mi smutek w godzinę powrotów,

Gdy ponad głową usłyszę szum lotów

A duch się pyta: do jakiego brzegu

Pójdzie poszukać, jak mewy, noclegu.

sprawdź inne wiersze autora