Autor : Maria Konopnicka

Anioł milczenia

Z lutnią, po której złote struny biega,

Klęczę na rąbku szaty Najwyższego,

I białe czoło obracam w tę stronę,

Kędy wirują globy rozpędzone.

Przejrzystą dłonią wygładzam etery,

Echem miarkuje rozśpiewane sfery,

By nie przerywać ciszy majestatu...

I - pokój... pokój... pokój! szepcę światu.



Byłem, gdy z myślą Bóg rozmawiał własną;

Bylem, gdy w służbę wziął jutrzenkę jnsna.

Byłem, gdy z mgławic, co mu zdobią szaty,

Strząsał dzień biały i słoneczne światy.

W pierwszem zwierciedle błękitnego morza

Jam się przeglądał, zanim weszła zorza,

I zanim z pąków wytrysnął rój kwiecia,

Ja w rąbku niosłem pokoju stulecia.



Tam, kędy z okiem opuszczonem stoję

Dogrzmieć nie mogą ziemi niepokoje;

Żywiołów burze ja trzymam w granicy,

Rum jeat skinieniem wszechmocnej prawicy.

Kiedy nad zakres do przyszłości biega

Harde pytania: "poco? i dlaczego?"

Ja w białych palcach wstrzymuję zasłonę,

Którą od dzisiaj jutro oddzielone.



Między Myak gromu a grzmot stopę stawię,

I roaą polnym kwiatom błogosławię.

Na skrzydłach moich wioskę twą kołyszę,

Smutnych łzy liczę i westchnienia słyszę...

W ciszy twych gajów, w poranki majowe,

Tęsknem dumaniem poświęcam twą głowę

I ducha twego prowadzę po niebie,

Byś "siadł i zamilkł i wzniósł się nad siebie".



Ja płaszcz królewski rzucam na ramiona

Milczącej nędzy, co w ukryciu kona,

A dłoń wychudłą podnosząc z barłogu,

Samemu tylko spowiada się Bogu.

Ja balsam daję na palące rany,

Ja dźwigam z tobą ból niepodzielany,

Ja tułaczowi pot ocieram z czoła

I z samotnikiem zasiadam u stota.



Mędrca mądrością jestem i rozwagą,

Myślicielowi daję prawdę nagą;

A jako źródło, bijące od wieka,

Wzmagam, oczyszczam, podnoszę człowieka.

Jam jest wymową grobów i cmentarza,

Urokiem nocy, powagą ołtarza;

Jam jest rapsodem dziejowym ruiny,

Pociskiem wzgardy i rumieńcem winy.



Kto mnie ukochat, znalazł skarb pogody,

Pokoju ducha i ciszy i zgody:

Zgiełkliwa zgraja pierzcha i ucieka

Od milczącego w zadumie człowieka.



Ja jestem słońcem, pod którego żarem

Dojrzewa zamysł, i jam jest ciężarem

Którego słabi podźwignąc nie mogą...

Jestem potęgą, której zdeptać nogą

Nie podołają najwięksi mocarze...

Ja jestem siłą, co zniewagę karze...

Jam broń niewinnych i pomsta straszliwa,

Od której zbrodzień tajny dogorywa.



Nad popiołami zwyciężonych grodów

Otrząsam z skrzydeł nadziejo narodów,

Lecących w próżnię, jak wymietna plewa,

Którą wiatr przed się drażni i rozwiewa...

W bladych klęsk siady postępuję krwawe,

Z nędznym skazańcom jedną dzielę ławę;

Na zgliszczach śpiewam Hiobowe pienia,

I jestem czarną chorągwią zniszczenia.



Najbliższy Panu i najmilszy Panu,

Ja z perłą padam na dno oceanu,

I z ciszą morską odbywam narady,

Których z przestrachem słucha sternik blady.



Nad bojowiskiem wyciągam ramiona,

Jestem modlitwą tego, który kona



I jestem krzykiem matki, gdy przybieży

Odszukać syna wśród trupów żołnierzy,

I krew jej ścinam, i wstrzymuję tętna,

I na niej żywej - trupa kładę piętna.

A przy kurhanie, co zamknął dzień czynu

Ja staję w miejsce pomników, wawrzynu,

I tam, gdzie zimny dzicjopis nie słucha,

Stepom skon mężnych podaję do ucha.



Pod krzyżem Zbawcy, gdy wiara i miłość

Rzuciły w żalu Golgoty pochyłość,

Kiedy odchodził setnik do bram miasta,

Gdy włos stargany wiązała niewiasta,

Gdy noc zgłuszyła żołnierstwa okrzyki,

A echa piły rozgwar ciżby dziki;

Jam został jeden i słyszałem z drżeniem

Jęk Boga... Ziemio! módlmy się milczeniem!

sprawdź inne wiersze autora