Autor : Maria Konopnicka

Bez dachu

Noc się podniosła, cała w mgłach i bieli

I srebrnem tchnieniem owiała stolicę,

I brylantowych iskier błyskawice

Roztliła w śniegów pościeli.

Kto miał ognisko własne i ramiona,

Co go czekały jak pieszczot ponęta,

Mówił do nocy tej "błogosławiona!"

Kto nie miał, mówił: "przeklęta!"

A takich głosów było, ach! tysiące...

A wszystkie z zimna i zwątpienia drżące,

A wszystkie dziwnie przeraźliwe w ciszy...

O gwiazdy l czy Bóg je słyszy!

Patrzycie blade i ja patrzę blada,

Wicher się zrywa, śnieg zawiewa drogę,

O gwiazdy! jeśli która odpowiada,

Ja was dosłyszeć nie mogę!...



O nocy srebrna! o nocy królowo!

Ty masz żelazne dla nędzarzy berło...

A mglistą szronów zasłonę nad głową

Spinasz zastygłych łez perłą.

O nocy! czyliż gwiazd twych jasnych z nieba

Pragnie ta ciżba wy bladła i skrzepła?

Przez litość, słuchaj! wszak oni chcą chleba -

I tylko troszeczkę depta!

Ach l gdybym była tobą, o królowo!

Największy brylant co w lazurach świeci,

Dałabym nędznym w tę zamieć śniegową

Na chleb i ogień dla dzieci...

I wiem, ze niebo nie byłoby bledsze,

Gdyby za jedne tę gwiazdę w błękicie,

Jasne źrenice, gdrie znów wskrzesło życie,

Świeciły łzami w powietrze...

O nocy! idziesz cicha, lodowata,

Nad czołem twojcm akray śniegów korona;

A twoja srebrna, ciężka, długa szata,

Całunem jest - dla miliona.



Przed bramą, w której płonęły latarnie,

Stanął chlopczyna w tę mroźną zawieję.

Biedny! on myślał, ze mur go przygarnie,

Że go ten kamień ogrzeje,

Lecz stróż drzwi zamknął na rygle i naraz

Łzy się dziecięce, jak perły rozsnuły...

- "Gotów ta zmarznąć, a potem ambaras

Dla wszystkich .. śledztwo... cyrkuły!"

Chtopczyna odszedł, płacząc. Tam, w oddali,

Widać świątyni granitowe mury...

A ponad nimi mgła bladych opali,

A wyżej - lodowe chmury

I krzyż. Sierota uklęknął przed progiem.

W powietrzu, szronów latały dyamenty...

Chciał wejść, lecz kościół szczelnie był zamknięty

Razem z litością i z Bogiem.

Ach! gdyby Chrystus tu przebywał z nami,

Wiem, żeby chodził ciemnemi nocami

I zbierał głodnych zziębniętych nędzarzy

I tulił u awych ołtarzy.



Skostniałe dziecię szklanemi oczyma

Patrzyło w niebo, gdzie mleczna lśni droga:

Chciało się skarżyć, lecz matki już nie ma,

Mówiło zatem do Boga:

- "0jcze nasze... Jakto, o synu królewski!

Ojca twojego narody zwą Bogiem,

A ty, wpatrzony w ten pałac niebieski,

Konasz, bez dachu, za progiem?

"0jcze nasz" mówisz... a czyim ty bratem?

Czy tych, co w zbytku umarłą tkwią duszą,

I głośnym pełnych puharów wiwatem

Gasnące jęki twe głuszą?

"0jcze nasz!..." Boże! czy słyszysz to dziecię,

Co usta z nędzy zbielałe otwiera?

Ach! ono wierzy, żeś ojcem mu przecie,

I z wiarą taką umiera!



Dziecię mówiło pacierz... mgła srebrzysta

Z tchnieniem ust jego lekko się rozwiała,

Zrazu gorętsza i błękitno biała,

Później - dziwnie przeźroczysta,

Wreszcie zanikła. W pół otwarte wargi

Przestały szeptać modlitwy i skargi...

Wobec ciemnego milczącego gmachu,

Dziecię skonało bez dachu.

sprawdź inne wiersze autora