Autor : Maria Konopnicka

Czy zginie?

Między stosami tłuczonych kamieni.

Na których ludzkie łzy drżały czy rosa,

Szła wąskim rąbkiem przydrożnej zieleni

Biękitnooka i złocistowłosa.

Drobne serduszko pod nędzną odzieżą

Tak się trzepało, jak ptaszek ukryty:

Szła i wznosiła oczęta w błękity.

Jak ci, co smutni są. a przecież wierzą.

Za nią została z dymami czarnymi

Wioska rodzinna i puste jej pola,

I wiatr, co lata ze świstem nad nimi

I zda się jęczeć i wołać: "Niedola!"

Za nią zostały te szmery kojące.

Którymi cisza usypia tęsknotę,

I szumy lasów, i kwiatki te złote,

Co pierwsze wschodzą w przednówek na łące,

I młyn, co huczy i straszy, i gderze,

I rozbryzgana w jutrzenki i tęcze

Rzeczka, co szepcze wieczorne pacierze.

A nocą przędzie mgły srebrne, pajęcze...

Za nią została rodzinna jej chata,

Z której ją bieda wypchnęła za progi,

I szmatek ziemi jałowy, ubogi.

Co rodzi żyto raz w każde trzy lata.

I mały Jasiek, co w zgrzebnej koszuli

Nosi wczorajsze zgłąbiałe ziemniaki.

I Burek, co się tak łasi i tuli,

I wierzby krzywe nad rowem, i krzaki,

I krzyż spróchniały, i stare mogih.

I zapomniana socha na ugorze.

Przy której ojciec padł kiedyś bez sih.

Czując, że dzieciom chleba nie wyorze...

Wszystko zostało! Aż w piersiach coś boli

I takie krwawe to niebo wieczorne...

Matka trzydniówką odrabia komorne.

A ty, sieroto, idź, szukaj swej doli!

Hej, mocny Boże! Hej, mocny Ty Boże!...

Iść ciężko... ciężej umierać od głodu!



Podniosła oczy. Tam. w łunach zachodu,

Stolica gore i kipi jak morze,

Zda się. że od niej żar bucha i parzy...

Jakieś wołania i śmiechy, i jęki...

U spodu ciemne mrowisko nędzarzy.

A nad nim nuta rozpustnej piosenki...

Dech przyśpieszony w powietrze uderza.

Zmieszane tłumy prą naprzód i śpieszą...

Na bok. kto nie masz złotego puklerza:

Zgniotą cię, zdepcą, a potem - ośmieszą!



O miasto! wielki żądz steku i brudu,

Co zwodnym blaskiem przywabiasz z daleka.

Powiedz, co spotka i co tutaj czeka

To ufne. czyste dziecię twego ludu?

Czy pójdzie ono. jak poszło tysiące,

Spodlone, w gorzką poniewierkę losu.

Tak. że ni oczu obrócić na słońce.

Ni się ośmieli podnieść w niebo głosu?

Czy znajdzie w tobie ciche przytulenie.

Jako sierota w braterskiej drużynie?

O miasto wielkie! na swoje sumienie

Bierzesz to dziecię!... Czy zginie?

sprawdź inne wiersze autora