Autor : Jan Andrzej Morsztyn

Chłód daremny

Kiedy się słońce przez Raka przedziera

I Lwa strasznego nawiedzić napiera,

W powszechnym świata znoju i spaleniu

Szukałem gdzie by głowę skłonić w cieniu.

Raz się przechodzę do bliskiego gaju

I żebrzę łaski zielonego maju;

Tam mię wspomaga dąb chaoński cieniem

I grab twardością zrównany z kamieniem,

I piękny jawor fladrowanej więzi,

I szkolna brzoza drobniuchnej gałęzi,

I żerne buki, i klon niewysoki,

I lipa, matka pachnącej patoki,

Jasion wojenny, i brzost, który naszem

Krajom intraty przyczynia potaszem.

Drugi raz w gęste zapuszczam się bory,

Kędy świerk czarny roście w górę spory

I modrzewina czerni nie znająca,

I terpentyną jedlina płacząca,

I sośna wielkiej w budynkach wygody,

I kadzidłowej jałowiec jagody.

Trzeci raz różnie próbując ochłody,

Chodzę po brzegach przezroczystej wody:

Tam mam dostatnie chłody topolowe,

Olsze czerwone i wierzby domowe,

Chrust dereniowy, więzy, rokicinę,

Tawułę, bagno i złotą wierzbinę.

Ale cóż po tym? Lubo ta zasłona

Schroni mej głowy od Hiperyjona,

Lubo mi na czas psia gwiazda sfolguje

,

Zaraz te pustki miłość opanuje.

Próżno się tedy cieniem z wierzchu chłodzę,

Gdy w sobie noszę ogień i z nim chodzę.

sprawdź inne wiersze autora